Uwielbiam muzykę i słuchawki. Z jednym i drugim spędzam większość mojego dnia. Towarzyszą w wolnym czasie lub np. treningu. Kiedy w moich dotychczasowych słuchawkach (opisałem je tutaj) padła wtyczka Jack, którą parę miesięcy temu musiałem przylutować, postanowiłem rozejrzeć się za czymś nowym. Od razu moje oczy skierowały się na Audio-Technica ATH-M50X, model, który był polecany przez wiele osób. Naczytałem się, że jest genialny, że pięknie gra. Jednak rzeczywistość okazała się być brutalna.

Budowa i wygoda użytkowania

Słuchawki wykonane są świetnie. Spokojnie mogły by przeżyć kontakt z czołgiem. Kolejnym z plusów jest literka „X” w nazwie. Oznacza ona, że kabel jest odłączany od słuchawek. To świetne rozwiązanie, dla ludzi takich jak ja, którym kabel uszkadza się bardzo często. Nie musimy wyrzucać słuchawek, tylko kupujemy nowy kabel.

Słuchawki są duże, ale dla mnie strasznie nie wygodne. Już po godzinie słuchania musiałem je ściągać aby moje uszy odpoczęły od dużego nacisku. Według informacji, które udało mi się znaleźć można wymienić nauszniki na nieco bardziej wygodne.

Ale od słuchawek oczekujemy dobrego dźwięku. Czy tutaj tak było?

Zanim zacznę opisywać wrażenia dźwiękowe. Tak wiem! To słuchawki typu „monitor”. Nadają się do studia, do analizowania dźwięku, do wyłapywania wszelkich niedoskonałości podczas miksowania lub masteringu. Przed zakupem miałem pełną świadomość co wybieram. Testy przeprowadzałem na Mi 9T Pro. Posiada on wbudowany przetwornik DAC.

Nie zliczę ile dobrego nasłuchałem się o tych słuchawkach. Shufflecast chwalił je chyba co odcinek 😀 (jak ktoś z was to czyta to pozdrawiam). Więc postanowiłem, że też muszę je sprawdzić, w końcu od zawsze marzyłem o słuchawkach z wyższej półki.

Z takim nastawieniem zacząłem słuchać na nich muzyki. I co? I efektu wow, o którym wszyscy mówili nie było. Pierwsze co rzuciło mi się w uszy to „metaliczne” brzmienie. Wysokie częstotliwości tak kuły w uszy, że większości mojej muzyki nie dało się słuchać z przyjemnością. Bas w ATH-M50X jest świetny, taki jak lubię. Czuć go, w pewnych momentach słuchawki drżały mi na głowie. Średnica jest wycofana ale w dalszym ciągu ją słyszałem. Wokale to coś genialnego. Na M50X byłem w stanie zrozumieć niektóre fragmenty piosenki po angielsku, gdzie na innych słuchawkach miałem z tym problem.

Na tych słuchawkach udało mi się usłyszeć różnicę między Spotify a TIDAL (wersja Master). Ten drugi gra zdecydowanie lepiej. Dzięki są wyraźniejsze, wokale bardziej zrozumiałe.

Jednak przyjemności nie było żadnej. Wręcz w większości sytuacji męczyłem się słuchając muzyki, a chyba nie o to w niej chodzi. Co chwile musiałem wchodzić do equalizera aby dopasować dźwięk do danego albumu/wykonawcy. Gdy zmieniałem artystę, poprzednie ustawienia okazywały się mi nie odpowiadać, więc cyk Ustawienia>Dźwięk>Słuchawki>Equalizer i kolejna zabawa suwaczkami. Zamiast czerpać przyjemność ja próbowałem dopasować dźwięk pod moje preferencje.

Ogromne wrażenie na tych słuchawkach zrobił na mnie PInk Floyd, głównie płyta „Wish You Were Here”, na Audio-Technica brzmi ona niesamowicie. Czułem w niej niesamowitą głębię. Ale nie słucham tylko tej brytyjskiej grupy. Przy słuchaniu czegokolwiek innego nie czułem nic… I wtedy zrozumiałem, czego oczekuję od muzyki, że nie jestem audiofilem, który analizuje każdy dźwięk, co chwilę przestawia suwaki w EQ. Ja od muzyki oczekuję przyjemności, żeby mieć ciarki na plecach, żeby głowa ruszała się w rytm.

Słuchawki tak szybko jak zamówiłem tak szybko zwróciłem. Bo po co się męczyć? W tej cenie znajdę słuchawki bezprzewodowe nawet z aktywną redukcją szumów. Co z tego, że nie będą grały tak dokładnie jak ATH-M50X, ja oczekuję przyjemności a nie dokładności.

Cała ta historia pokazuje, że w przypadku słuchawek nie należy kierować się opiniami w Internecie. Co odpowiada innym, nie musi odpowiadać nam. Lepiej samemu wybrać się do sklepu i posłuchać kilku modeli słuchawek. Warto to robić na muzyce, którą najlepiej znamy, żeby potem się nie rozczarować. Tak dokonamy wyboru, z którego my (a nie ludzie w Internecie) będziemy zadowoleni. Teraz już wiem co to znaczy audiofilski sprzęt 🙂